22 sierpnia 2019

Mufinki z borówkami

 

Mufinki – przepis idealny. Szybki i niezawodny. Śmiało można eksperymentować z dowolnymi dodatkami. Na zdjęciach wersja biała z kawałkami gorzkiej czekolady i borówkami, polana mleczną czekoladą. Długo szukałem, ale znalazłem. Michalino, dzięki przeogromne! W zasadzie to wpis powinien mieć tytuł: Mufiny Michaliny. Poniżej przedstawiam wersję oryginalną przepisu.


SKŁADNIKI (12 sztuk)
5 łyżek cukru
2 szklanki mąki pszennej
1 łyżeczka sody
2 łyżki kakao w proszku
szczypta soli
1 jajko
1 szklanka maślanki/kefiru
1/2 szklanki oleju
(rzepakowego lub słonecznikowego)
1 tabliczka białej czekolady
(lub 2 a nawet 3)

*szklanka o pojemności 250 ml


W wersji przedstawionej na zdjęciach zamieniłem białą czekoladę na gorzką, kakao na mąkę i dodałem 100 gramów borówek. Gotowe babeczki polałem mleczną czekoladą. Proponuję jednak zacząć od wersji pierwotnej, zachwycić się nią, a później modyfikować (lub nie) i wypiekać, wypiekać, wypiekać... 

1. Piekarnik nagrzać do temperatury 180°C. Tak, zdecydowanie zaczynamy od włączenia piekarnika. Zanim się nagrzeje, mufinki będą przygotowane i gotowe do pieczenia.

2. Wymieszać suche składniki – mąkę, cukier, kakao i sodę. Dodać połamaną na małe kawałki czekoladę.

3. Dodać pozostałe składniki – jajko, olej i maślankę. Całość wymieszać, aż wszystkie składniki się połączą (ale nie musi to być konsystencja jednolita, wystarczy kilka razy zamieszać łyżką i już). Jeśli chcecie dodać owoce, to właśnie w tym momencie – dodajcie i ponownie zamieszajcie masę.

4. Ciasto przełożyć do papilotek (12 sztuk), napełniając je do pełna. Wstawić do nagrzanego piekarnika i piec 23-25 minut. Mufinki powinny wyrosnąć i być sprężyste przy dotknięciu. Ostudzić (jeśli dacie radę powstrzymać się od natychmiastowego ich zjedzenia). Ewentualnie polać czekoladą.



20 sierpnia 2019

Mgliste wspomnienia – Gucci Mémoire d’une Odeur


Odkąd Alessandro Michele został dyrektorem kreatywnym Gucci, a Alberto Morilles głównym twórcą zapachów tej marki, jej pachnidła zdecydowanie nabrały charakteru. Kierunek, który wspólnie obrali, wydaje się zbieżny z poczynaniami Toma Forda, który zasiadał za sterami Gucci przez całe lata 90. ubiegłego wieku oraz kilka pierwszych nowego tysiąclecia i zaprezentował światu takie zapachy, jak chociażby Gucci pour Homme, Gucci Rush czy Envy – wszystkie z nich weszły do perfumeryjnej klasyki, często niestety znikając ostatecznie z powszechnej sprzedaży z powodu braku ich rentowności. Podobny los wróżę współczesnym pachnidłom spod szyldu Gucci. Wszak są to zapachy umykające obecnym trendom, nowatorskie i często dość trudne w odbiorze. Obym się mylił.

Olfaktoryczny statek Michele'a zdecydowanie płynie pod prąd. W ciągu ostatnich lat doczekaliśmy się takich kreacji, jak Gucci Guilty Abosulte, Gucci Guilty Abosulte pour Femme, Gucci Guilty Cologne pour Homme (wszystkim zdecydowanie należy się więcej słów, o czym mam nadzieję już wkrótce) czy też pierwszej niszowej linii zapachów marki – The Alchemist's Garden (o wspaniałych flakonach i trochę mniej wspaniałej, acz zacnej zawartości). Z Mémoire d’une Odeur jest nie inaczej.


Mémoire d’une Odeur rozpoczyna się rumiankiem i gorzkimi migdałami. Bardzo nietypowy początek, jakiego próżno szukać nawet wśród perfum niszowych. Nuty otwarcia są jednak dość zachowawcze, nie krzyczą, delikatnie tylko drgają na skórze. Zbyt delikatnie. Migdały są lekko zwietrzałe, nie pochodzą z tegorocznego zbioru, raczej sprzed kilku lat. Dawno temu ktoś nieszczelnie je zapakował, nieumiejętnie przechowywał i niechcący pozwolił aromatowi ulecieć. Z rumianku też już ktoś wcześniej przyrządził napar. Żal było wyrzucić, więc zaparzono ponownie. Pachnie niemrawo. Jaśmin w sercu kompozycji jest mało kwiatowy, bo i bukiet niewielki. Kwiatów co prawda nazbierano wiele, lecz zanim znalazły się w wazonie, większość płatków opadła. Pozostałe też ledwo trzymają się łodyg, stopniowo spadając na stary, drewniany stół, na którym ustawiono wazon. Na stole tym stoi także filiżanka ze stygnącym rumiankowym naparem, leżą zwietrzałe migdały, a nawet okruchy waniliowego ciasta. A kurz, który na nie opada, dodatkowo tłumi resztki wonności. I tak pachnie nowy zapach Gucci. Mémoire d’une Odeur sprawia wrażenie utkanego w całości z nut z odzysku. Jakby ktoś już wcześniej ich używał, wziął, co najlepsze i przekazał dalej, licząc, że na coś jeszcze mogą się przydać.

A może takie są nasze wspomnienia? Bardzo ulotne, z czasem blednące, ciche i niewyraźne. I po wielu latach pozostaje nam tylko powidok wydarzeń, o których chcemy pamiętać. I pamiętamy tak, jak potrafimy. Tak, jak to możliwe.



Twórca: Alberto Morillas

Nuty zapachowe
Nuty głowy: rumianek, migdały
Nuty serca: jaśmin, piżmo
Nuty bazy: wanilia, cedr, sandałowiec

Zdjęcia: oficjalne zdjęcia kampanii promującej Mémoire d’une Odeur

Mówią, że uniseks. Czyli jak cała reszta zapachów (przynajmniej dla mnie). 

18 sierpnia 2019

Zanurz się w różanym mroku – Montale Black Aoud


Historii ciąg dalszy.

Podczas pierwszej wizyty we wrocławskiej Perfumerii Quality do testów nadgarstkowych wybrałem dwa zapachy Montale – Black Aoud oraz Greyland. Blottery blotterami, ale sprawdzić trzeba było jak ta nowa dla mnie (i przy pierwszym spotkaniu dość wątpliwa) materia perfumeryjna zachowuje się na skórze. Na mojej skórze. Tego drugiego zapachu zupełnie nie pamiętam. I mimo, że wąchałem go później kilkukrotnie, nigdy nie udało mi się zapamiętać ani nut, ani wrażeń, jakie we mnie wywołał. Być może dlatego, że początkowo okoliczności poznawcze zdominował Black Aoud. I to jak! Pochłonął mnie całego, niemalże odurzył. Ma ten zapach bowiem moc zabójczą i potrafi narzucić się otoczeniu, nie idąc na żadne kompromisy. Niekoniecznie mi to odpowiadało na początku naszej znajomości.


Black Aoud to przede wszystkim mariaż róży z drewnem agarowym (oudem) – połączenie, które weszło już do perfumeryjnej klasyki, najpierw niemrawo szukając miejsca na salonach, by ostatecznie przetoczyć się jak tornado przez wszystkie olfaktoryczne bankiety. W przypadku Montale duetowi towarzyszy paczula i labdanum. Zgodnie z oficjalnym opisem całość uzupełniają nuty mandarynki (której w kompozycji nie czuję) i piżmo (którego prawie nie czuję). Wyczuwam natomiast drzewo sandałowe i kadzidło.

Zapach jest mroczny, ciężki, niemalże gęsty i tłusty (tłusty jest w zasadzie dosłownie, co świadczy o znacznej ilości użytych do jego produkcji olejków). Przez cały czas jego trwania po aplikacji (a mowa tu nie o kilku, lecz kilkunastu godzinach) na skórze rozgrywa się walka pomiędzy różą a oudem. U mnie częściej dominuje kwiat, w odsłonie nader orientalnej i ciemnej, wręcz lekko podsuszonej i przybrudzonej. Wtóruje mu paczula, dodając mocy i ciężaru. Efekt jest taki, jakby ktoś bukiet róż wstawił najpierw na kilka dni do piwnicy, a później przeniósł je na strych i pozwolił im w samotności się zasuszyć. Zawiesisty oud, który sam w sobie jest efektem przegranej drzewa aloesowego z atakującymi je grzybami i bakteriami, ustępuje róży. I nie chce być inaczej. I ja z tym nie dyskutuję.



I jeszcze jedna kwestia – flakon. Wiele osób zarzuca flakonom Montale toporność, niezgrabność, tandetność materiału, o brzydocie nie wspominając. Będę z tym polemizował. A w zasadzie to niech z tym polemizują moje zdjęcia.


Twórca: Pierre Montale

Nuty zapachowe: mandarynka, róża, paczula, oud, labdanum, piżmo, drzewo sandałowe, kadzidło

Aplikować z umiarem.

16 sierpnia 2019

Perfumy – z Odrzańskiej do Grasse

Słów kilka o tym, jak zaczęła się moja przygoda z perfumami. A zaczęła dość nietypowo...


Chłodny i pochmurny listopadowy poranek – poniedziałek, godzina ósma rano. Zajęcia z języka angielskiego, tuż przed rozpoczęciem pracy. Nazwy przerabianego podręcznika nie pamiętam, coś z zakresu języka biznesowego, wszak kurs opłacany był przez pracodawcę. Rozdział poświęcony marketingowi międzynarodowemu. Zadanie – studium przypadku, dotyczące wprowadzenia nowego produktu na rynek globalny. Tak, produktem tym były perfumy. Brzmi zachęcająco? Niezbyt. Ale bez tej sytuacji nie zrodziłoby się zaciekawienie, które dało początek mojej wielkiej pasji, jaką obecnie są perfumy. Prowadząca zajęcia wspomniała bowiem o pewnej perfumerii na ul. Odrzańskiej (rzecz dzieje się we Wrocławiu), która w swojej ofercie ma zapachy dziwne i drogie, ze wskazaniem na dziwne. Kto by chciał coś takiego kupować, a tym bardziej używać? – podsumowała. Nietypowe? Dziwne? Hmmm... To wystarczyło, by wzbudzić moją ciekawość. Postanowiłem owo miejsce* odwiedzić i osobiście zmierzyć się z tą osobliwą materią. Po pierwszej wizycie przyznałem rację lektorce – no ja z takimi zapachami obcować nie chcę i nie będę. Intensywne, przenikliwe, wręcz przeszywające, no i przede wszystkim nie dla mnie. Jednak wrażenia, jakich doznałem, nie mijały i wracały, wracały, wracały. Zaraz, pytałem sam siebie, ale czy w sztuce nie o to właśnie chodzi, by dogłębnie dotykała? By nie pozostawiała obojętnym i poruszała? Nie wiem, znawcą sztuki nie jestem. Jedno wiem jednak na pewno – chcę doświadczać rzeczy pięknych. A od tamtej pory chcę doświadczać perfum. Na szczęście na jednej wizycie w tej wrocławskiej perfumerii się nie skończyło.

* Perfumeria Quality, ul. Odrzańska 17






Zdjęcia zrobione zostały w Grasse - mieście niezwykle ważnym dla przemysłu perfumeryjnego (chyba jednak wolę określenie: dla sztuki perfumeryjnej; tak, zdecydowanie wolę to określenie). Pierwsze spotkanie z tym miastem było takie, jak moje pierwsze spotkanie z perfumami artystycznymi. Innymi słowy – nie takie, jakbym tego chciał. Ale o tym innym razem. W tym roku wybieram się tam po raz kolejny.